sobota, 26 listopada 2011

Niemoc twórcza, a nieszczęścia wcale nie chodzą parami :/

Nieszczęścia chadzają parami. No właśnie ... wbrew słowom starego porzekadła wcale nie chodzą parami. Odnośnie mojej skromnej osoby to mam wrażenie, że takie "przeciętne nieszczęście" doskonale zdaje sobie sprawę z tego że ja cholernie silna baba jestem i tak w pojedynkę czy nawet we dwójkę to mnie nie złamie. Więc czai się takie "nieszczęście" po cichu po kątach, że niby tak nic, że niby nie zainteresowane, a tak naprawdę to cierpliwie czeka na towarzyszy usypiając przy tym moją czujność. A jak już się ich (tych nieszczęść oczywiście) uzbiera średnich rozmiarów legion, to opracowawszy dziki plan działania na głośne HURAAAA !!!!  fundują mi skomasowany atak. Jak już nieraz tu pisałam, nie lubię narzekać i się uzewnętrzniać z prywaty na blogu, jednakże w celu tłumaczenia się z braku jakiejkolwiek mojej tu obecności, trochę się powyzwierzam... ale niedużo :D  Tak więc w ciągu ostatnich dwóch tygodni między innymi: Siostra, z którą prowadzimy razem firmę skasowała samochód - zostałyśmy póki co skazane na samochód mojego męża i jego jako kierowcę. Przez pomoc nam, sam nieraz "zawala" swoją pracę, co bezpośrednio wpływa na jego humor przekładając się często na mój nerwowy nastrój. Przy okazji nasz samochód też postanowił w tym samym tygodniu dwa razy rano nie wiadomo dlaczego nie odpalić i raz spuścić w nocy powietrze z tylnego koła. W tym samym dniu w którym siostra miała wypadek popsuł nam się ploter w firmie. Mało uprzejma pani w serwisie poinformowała nas że najwcześniej możemy liczyć na naprawę dopiero w następnym tygodniu. Ilość bardzo niemiłych telefonów i niezadowolonych klientów, którzy nie dostali swoich zamówień na czas, rósł jak trawa na wiosnę. W międzyczasie dostaliśmy telefon od właściciela garażu, który wynajmujemy i w którym mąż trzymał niemałą ilość swoich materiałów promocyjnych, że właśnie go sprzedał i najlepiej by było jakbyśmy go w ciągu kilku godzin opróżnili (rzecz niemożliwa) To nie koniec mniejszych i większych problemów jakie na mnie spadły w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Potem jak maszyna w końcu ruszyła zaczęły się ponaprawcze problemy z ustawieniem kolorów na wydrukach i siedzenie w pracy po 13 godzin dziennie, żeby nadgonić zaległości, itd, itp. Do tego znów zaczął się u mnie okres egzaminów i nauki mam naprawdę sporo. Ale nie będę Was już dłużej zamęczać. Choć jak zawsze i tak nie udało im się (tym nieszczęściom) mnie złamać i z podniesioną gardą walczę z przeciwnościami losu to faktycznie na robótki ręcznie brakło już zacięcia. Niemoc twórcza jak sto diabłów, choć pomysłów dużo. Jak tylko mam wolną chwilę, którą mogę wykorzystać dla siebie bez wyrzutów sumienia ... to ją przesypiam :D Ale Wasze blogi odwiedzam i odwiedzałam cały czas regularnie co wieczór, tylko niestety sił brakło na komentowanie (obiecuję że to też nadgonię) Dobrze że chociaż w tym całym chaosie udało mi dokończyć haftowanie księżniczki Belli i Arielki na sal kołderkowy u Chagii (patrz post wcześniej) i wysłać już do niej oba moje kwadraciki. Mam nadzieję, że jutro uda mi się już usiąść do czegoś co znowu sprawi mi przyjemność. Właśnie dwa dni temu dostałam całą siatkę resztek czesanki, może pokulam filcowe koraliki ? :D Jeśli ktoś zna inny sposób, niż kadzidło z białej szałwii na wygonienie czających się po kątach kłopotów, (zanim znów zbiorą się w legiony) bo te moje to się chyba uodporniły na szałwię, to bardzo proszę o maila :)

4 komentarze:

  1. oj, niefajnie. Posyłam dobra energie, coby kłopoty już sobie poszły.

    E, biała szałwia to nie... lepiej zwykłą. I bylica. A jak wykurzenie nie działa, to miotłą je, miotłą :P albo i pogrzebaczem :P.

    OdpowiedzUsuń
  2. I to jest życie, a z nim trzeba brać się za bary, inaczej niczego się nie ma! Masz bardzo dobre podejście to trudności stających na Twojej drodze, więc życzę by każdy poważny problem znalazł szczęśliwe dla Ciebie rozwiązanie!Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Tuome dzięki za energię :) Kłopoty chyba już sobie poszły :D. Muszę sobie chyba pogrzebacz kupić na następne, bo miotła wisi w przedpokoju, a one i tak wchodzą. Nic a nic się nie boją :D

    Danielo dziękuję za życzenia. Tak jak piszesz ... z życiem trzeba brać się za bary i nie wolno się poddawać :) Każde załamanie odbiera siłę do walki, a najczęściej niestety problemy same bez walki się nie rozwiążą

    OdpowiedzUsuń
  4. ech znam ten ból kiedy to kłopoty stadem galopują w stronę uporządkowanego życia i kopytami rozbijają to co się udało zbudować, ale najważniejsze że jest już dobrze :) życzę ciepła, siły i inspiracji :)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...